GLOWNA
PLIKI
DZIELA
CO TO ?
POEZJA
HUMOR
GALERIA
 UWAGI
LINKI
KSIEGA

powiadanie się zaczęło , a ty rozsiadłeœ się wygodnie
na niebywale wygodnym fotelu słuchajšc tej niesamowitej
historii z zaciekawieniem .
Pamiętnik Bolda Kahgara.

W jednej z Midenheimskich karczm " U Groma" zwanej, małym pokoiku na parterze.Siedzi barczysty, dobrze zbudowany krasnolud.Ubrany w dobrej jakości ubranie. Z niskim czerwonym irokezem na głowie.Siedzi pisząc cos przy sekretarzyku, co on może pisać, czyżby pisał on swój pamiętnik?
  Urodziłem się w jednej, z krasnoludzkich chat stojących w krasnoludzkiej twierdzy "Karak Korn " zwanej. Tam w miarę jak dorastałem interesować mnie wojaczka zaczynała, Wstąpiłem, więc do armii i przez wiele lat siedziałem w koszarach gdyż wojny żadnej nie było, żołd, jaki dostawałem nie był wielki, ale na podstawowe sprawy wystarczał. Pewnego dnia, gdy wracałem do domu zobaczyłem, iż wejście do domu gdzie z rodzicami swoimi mieszkałem wyważone było.Pomyślałem sobie wtedy,czyżby ta gorzałka, którą wypiłem wracając z koszar z kumplami do domu była aż tak mocna, że zwidy mam.W miarę jak podchodziłem do roztrzaskanych drzwi zdawałem sobie, że to, co widzę jest jednak prawdą. Przyśpieszyłem kroku a raczej przeszedłem w bieg i wbiegłem do pomieszczenia gdzie przeważnie wszyscy razem spędzaliśmy wspólne wieczory przy dobrym wyniku.Lecz to, co zobaczyłem zniszczyło mnie dogłębnie, zobaczyłem swego ojca leżącego na środku pokoju w kałuży krwi wypływającej z ran na jego ciele zadanych jakimś, jak mi się zdawało toporem.Ojciec trzymał zakrwawiony topór w ręce.Wnet przeszła przeze mnie jak burza myśl gdzie mam matka!.Wbiegłem do pomieszczenie gdzie zazwyczaj rodziciele moi spać chodzili i zobaczyłem matkę swoja zarżnięta jak pies pod ścianą, z wielką dziura na plecach. Ogarnął mnie smutek, nie to nie był smutek to była wściekłość.Wybiegłem z tamtego pomieszczenia złapałem topór ojca, wyrywając mu go z ręki i wzniosłem do góry krzycząc zemsta.W tym samym momencie jakiś krasnolud, który przechodził nieopodal zobaczył prawdopodobnie rozwalone drzwi i wszedł do środka zobaczył jak podnoszę topór i krzyczę zemsta.Wybiegł z okrzykiem na ustach morderca, morderca. Ja stojąc jak wryty przed ciałem mego ojca, zacząłem przypominać sobie wszystkich wrogów mego ojca by znaleźć potencjalnego zabójcę. Po chwili usłyszałem krzyki strażników i jakiegoś krasnoluda "łapać mordercę" on tam jeszcze jest. Wtedy zrozumiałem, że zostanę oskarżony o morderstwo moich rodziców i z pewnością już niedługo ujrzę szafot lub więzienne kraty. Podjąłem szybką decyzje o ucieczce, mimo iż było to niezgodne z moim honorem,lecz wiedziałem, że z za krat nic nie zdziałam i nie dowiodę mojej niewinności.Złapałem w biegu topór ojca i wyskoczyłem przez okno na tyłach domu. Przebiegłem z dobre kilkaset metrów.Po drodze umyłem topór ojca w stojącej koło jakiegoś domu beczce z woda. Pobiegłem do mojego dobrego znajomego i poprosiłem go o mała pożyczkę i trochę prowiantu na drogie gdyż mam zamiar wyjechać z miasta. Poprosiłem go również, aby o nic nie pytał i żeby nie wierzył w to, co usłyszy na mój temat i pamiętał, że ja jestem niewinny.Wybiegłem przez główna bramę wiedząc, że nie zatrzymają mnie, w końcu byłem żołnierzem. Po wyjściu z miasta postanowiłem, iż pojadę szukać mego brata by z razem z nim dokonać sądu nad morderca naszych rodziców. Wiedziałem, że pojechał on, do Midenheim na jakiś turniej gladiatorów. Więc ruszyłem w tamtym kierunku. Droga była ciężka i mozolna. Straciłem na nią ponad połowę moich pieniędzy. Aż w końcu dotarłem do miasta zwanego Midenheim nigdy tu jeszcze nie byłem, lecz stwierdziłem ze miasto na pierwszy rzut oka wygląda imponująco. Przechodząc przez most,prowadzący nad przepaścią, która oplatała całe miasto w około tworząc prawie niemożliwa naturalna przeszkodę do przebycia, dostałem lekkich zawrotów głowy, lecz dopiero, gdy zobaczyłem nieopodal, jaka jest inna droga, która można było się dostać do miasta omal nie puściłem pawia był to wyciąg krzesełkowy. Gdy już wszedłem do miasta nawet nie przypuszczałem, jakie to ogromne miasto, zadałem sobie pytanie jak ja znajdę tutaj swojego brata? Wydawało mi się, że najlepszym pomysłem będzie szukanie go w karczmach i gospodach.Podczas poszukiwań uratowałem pewnego elfa od paru ludzi mających z pewnością niemiłe zamiary, włączyłem się tylko, dlatego że jeden ludzi krzyczał śmierć odmieńca. Wiedząc, że coraz więcej ludzi pokazuje swa niechęć do innych ras pokazałem im, kto rządzi. Jak się później dowiedziałem elf ten nazywa się Viriel i zajmuje się czarownictwem?. Stwierdził on, że chodzenie zemną zapewni mu bezpieczeństwo a i ja nie miałem nic przeciwko niemu, przynajmniej miałem, do kogo mordę otworzyć.Poszukiwania moje zakończyły się trzeciego dnia od momentu przyjazdu.Znalazłem mojego brata w niezbyt dobrej karczmie siedzącego i pijącego piwo. Opowiedziałem mu cała historie o tym jak znalazłem naszych rodziców i jak postanowiłem go znaleźć.Śmiercią naszych rodziców przejął się bardziej niż myślałem i przez dwa dni nie wychodził z pokoju. Podczas tych dni próbowałem znaleźć jakąś prace, lecz widać, że miasto to nie było zbyt chętne do nieludzi. Tego dnia, gdy w końcu wyszedł mój brat z pokoju siedzieliśmy we trzech na dole w karczmie rozmyślając nad tym jak zarobić pieniądze, podeszła do nas jakaś zakapturzona postać proponując nam prace. Zaprosiliśmy wiec go do stolika i wysłuchaliśmy.Chciałbyśmy zgładzili pewnego złego czarodzieja, który za 5 dni ma stawić się w Midenheim na jakiś pojedynek magów, naszym zadaniem miało być to by ów czarodziej nie dotarł do bram miasta. Dostaliśmy wykaz karczm, w których miał się zatrzymywać przez te 5 dni.Nagroda za wykonanie tego zadnia miała być nagroda w wysokości 50 zk. Na głowę. A więc ruszyliśmy następnego dnia z samego rana,wynajętym przez ów zakapturzonego mężczyznę. Dotarliśmy w ciągu 3 dni do karczmy, w której miał się zatrzymać ten chaotyczny czarodziej. Jak się okazało autorytet tego czarodzieja był ogromny. Do tego stopnia, że przyjeżdżając do karczmy trafiliśmy na przygotowania urodzinowe. Każdy z przybyłych gości chciał ofiarować jakiś cenny przedmiot czarodziejowi, lecz my nie mieliśmy takowego. Więc kupiłem u handlarza, który akurat gościł w tej karczmie dziwna wełnianą czapeczkę z dziwnym napisem, którego nie umiałem oczytać się. W końcu po paru godzinach przybył do karczmy nasz cel :-) . Przez niespełna godzien przyjmował prezenty od wszystkich tam zgromadzonych, ja, gdy zobaczyłem jak drogie przedmioty mu dawano stwierdziłem, że nie dam mu nic i tym sposobem nie zwrócę na siebie większej uwagi podobnie zrobili moi towarzysze. Gdy zaczęło się przyjęcie my opracowaliśmy plan, polegać on miał na tym, że wejdziemy na dach po murze otaczającym karczmę i wejdziemy z dachu do pokoju, który miał się znajdować na pierwszym piętrze, lecz nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie, pod osłoną nocy zrobiliśmy jak było zaplanowane, mieliśmy do wyboru dwa pokoje tam gdzie się świeciło światło i tam gdzie światła nie było. Wybraliśmy najpierw pokuj z zapalonym światłem ja zaczepiłem swoją linę z hakiem o dachówkę i powoli spuściłem się na balkon, który był przy oknie gdzie zamierzałem wejść podczas spuszczania się dachówka niewytrzymała mojego ciężaru i z wielkim hukiem spadłem na balkon, na moje nie szczęście, okazało się, że jest to pokuj ochroniarzy naszego celu. Zaczęli oni zadawać pytania, co ja robiłem na dachu itp., wtedy stała się rzecz straszna godząca w mój honor jak strzała w ciało. By uratować życie skłamałem i powiedziałem, że wszedłem tam po to by naprawić dachówkę, lecz nie uwierzyli z powodu mojego toporka, który cały czas miałem przy sobie. Przywiązali mnie do balkonu za nogi i spuścili z balkonu.Nie sądzili, że jestem wystarczająco silny by wspiąć się po linie i rozciąć więzy nożem z cholewy, która miałem ukryta pod nogawka.Uzbrojony w nóż zaczaiłem się na balkonie na jednego z ochroniarzy i zadałem mu śmiertelne pchniecie wpadłem do środka chwyciłem swój topór stojący obok wejścia na balkon i zaszlachtowałem niczego nie podejrzewającego człeka. Zauważyłem, że brakuje jednego z nich wiec stanąłem pod drzwiami czekając na niego, gdy po chwili wszedł nie zdążył jęknąć ni słowa na widok swoich towarzyszy leżących w kałuży krwi, ponieważ moje silne uderzenie zataiło go. Wróciłem na balkon i zobaczyłem ciemne sylwetki moich towarzyszy, którzy chcieli zobaczyć, co się dzieję powiedziałem, że wszystko w porządku zarzuciłem linę ponowię na dach i wdrapałem się do nich. Powiedziałem im, że strażników nie trzeba się już obawiać i że został nam już tylko jeden pokuj do sprawdzenia. Powtórzyłem manewr tym razem bez wpadki. Podeszliśmy do okna przystawiliśmy kawałek skóry do szyby i lekkim uderzeniem mojego topora wybiliśmy w oknie wystarczająca dziurę by sięgnąć zaczepu trzymającego drzwi balkonowe. Weszliśmy do sroka i zabraliśmy się do przeszukiwania pomieszczenia, gdy usłyszeliśmy jak ktoś wchodzi po schodach, ponieważ całe górne piętro było zarezerwowane wiedzieliśmy, że musi to być nasza niedoszła ofiara.Ja z bratem wyskoczyliśmy szybko na balkon a elf schował się pod łóżko, poczekaliśmy chwile aż osobnik się położy i usłyszeliśmy tylko żegnaj chaosie, gdy weszliśmy do pokoju zobaczyliśmy jak nasz z pozoru spokojny elf podrzyna gardło temu człowiekowi. Zdziwienie nasze było tym bardziej większe im więcej kolorowych promieni zaczęło się zbierać wśród naszej ofiary po chwili promienie te z kumulowały się i z tworzyły potężny promień skierowany w kierunku sufitu, który pod jego naporem roztrzaskał się w pył wyskoczyliśmy z tamtego pomieszczenia jak z strzały wyskoczyliśmy na mór i wróciliśmy na tyły karczmy. Z daleka widzieliśmy tylko jak kolorowy strumień magicznej energii emanował tworząc w słup światła, który rozświetlał całe niebo.Stwierdziliśmy, że najbezpieczniej będzie, jeśli się jak najszybciej ewakuujemy. W pełnym zdziwieniu na ustach odeszliśmy z karczmy jeszcze tamtej nocy. A za dwa dni byliśmy już w Midenheim. Doszliśmy do Midenheim za parę dni i od razu udaliśmy się do karczmy gdzie miały czekać na nas nasze pieniążki. Zaiste pieniążki czekały na nas dla każdego 50 złotych koron w monecie Imperialnej. Całe zdziwienie, które towarzyszyło mi przez ostatnie kilka dni znikło od razu widząc tą ilość pieniędzy.Z bratem od razu zasiedliśmy przy stole by, choć cześć naszych pieniędzy utopić w jak to dla nas ważnym alkoholu,chodzi mi oczywiście o krasnoludzki spirytus wyrabiany tylko przez krasnoludów i dla krasnoludów. Spędziliśmy w karczmie w ten sposób ze dwa dni. Lecz pewnego dnia siedząc sobie spokojnie i popijając jedno z mniej wytrawnych trunków, lecz równie dobrze kopiącego, czyli krasnoludzką przepalankę.Wpadło z 8 do 15 mężczyzn ubranych w jednakowe brązowe płaszcze z jakimś dziwnym znakiem na nich.Mężczyźni zakazali sięgać w kierunku broni, jeśli komuś życie miłe grożąc kuszą lub też mieczem.Dwóch z nich od razu podskoczyło do karczmarza i opróżniło mu szynk ze wszystkich pieniędzy, pozostali zaczęli zbierać sakiewki od gości, gdy zobaczyłem jak jeden z nich zbliżał się w naszym kierunku jedną ręką przewróciłem stół a drugą poczęstowałem stojącego człowieka koło mnie.Stół zasłonił mnie przed bełtem lecącym prosto w moje serce. Człowiek, który oberwał ode mnie zachwiał się na nogach i odszedł na sekundę, dało mi to czas na chwycenie topora i zauważeniu, że do walki przyłączyło się jeszcze parę osób z karczmy walka trwała krótko,ponieważ jeden z bandziorów wystrzelił ze swej kuszy i uśmiercił jednego z gości po tym wydarzeniu wszyscy stanęli jak wryci a wszyscy przestępcy wycofali się ze sprawnością wojska do wyjścia.Wybiegłem od razu za nimi, lecz zdążyłem zobaczyć czarny wóz i insygnia na nim.Wróciłem do karczmy z krzykiem, że złoczyńcy odjechali.W tym właśnie momencie człowiek postrzelony przez jednego z nich zmarł.Złodzieje zdołali zabrać również pieniądze.Za chwilę zjawiła się straż,"Jak zawsze za późno" Powiedziałem do jednego ze strażników a ten tyko odwarkną coś pod nosem.Strażnicy jak zawsze niedużo pomogli tylko wzięli parę osób na przesłuchanie w tym mnie mojego brata i elfa Viriela.Przesłuchanie było mozolne,a raczej nieudolne,dopiero jak powiedziałem strażnikom o znaku na płaszczach zorientowali się ze to chodzi o gang niejakiego, Odenthala.Powiedzieli nam, że za głowę Odenthala przewidziano wysoka nagrodę w wysokości 300 koron, a od jednego ze strażników dowiedziałem się, że pewien szlachcic płaci za każdą głowę członka gangu niezależnie czy z ciałem czy bez. Zaczęły się nasze poszukiwania związane ze zbirami, którzy ukradli nam pieniądze.Dwa dni po incydencie w karczmie zauważyliśmy wóz odjeżdżający sprzed pewnej karczmy, nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że woźnica jak i dwóch wsiadających do wozu ludzi było ubranych w brązowe płaszcze ze znakami podobnymi jak u tych, którzy okradli nas w tamtej karczmie.Postanowiliśmy wejść do tamtej karczmy i sprawdzić, o co chodziło.O dziwo nic się tam nie działo a życie płynęło spokojnie jak zawsze. Pogadaliśmy z karczmarzem a on dał nam wymigującą odpowiedz, że ludzie tamci dostarczyli mu towar itp. Stwierdziliśmy, że wszystko tutaj wygląda poderznie i postanowiliśmy zatrzymać się tutaj i zobaczyć dalszy rozwój wydarzeń. Siedzieliśmy wieczorem w karczmie nie zwracając na siebie uwagi zobaczyliśmy jak karczmarz wychodzi z karczmy pozostawiając ją pod opieką swojej tłustej żonie, jak tylko sobie przypomnę, jaka ta kobieta wyglądała to od razu mnie koszmary nawiedzają.Nie było by nic dziwnego w tym, że karczmarz wychodzi z własnej karczmy, lecz zdziwił nas płaszcz, który miał na swoich plecach był on koloru brązowego z emblematem wyglądającym zupełnie jak ten u tych zbirów. Widząc to postanowiliśmy go śledzić szliśmy zanim dość długo, lecz chyba w końcu zorientował się, że go śledzimy i zgubił nas w wąskich uliczkach tamtejszych slumsów. Wróciliśmy,do karczmy a tam czekał już na nas mały halfling, którego widzieliśmy już poprzednio w tamtej karczmie podczas rabunku. Podbiegł on do nas od razu i zaoferował nam pomoc w odszukaniu Odenthala, lecz nie za darmo żądał czwartej części zysku od każdej głowy. Po dłuższej naradzie i próby targowania się stwierdziliśmy, że halfling dostanie pieniądze, które żądał. Powiedział on nam wtedy, że siedziba Odenthala nie leży w Midenheim, lecz w Kurtzhofen miasteczku położonym dwa dni drogi od nas. Powiedziałem halflingowi, że jak z kłamał porachuje mu wszystkie kości a z jego kłamliwego jęzora zrobię sobie naszyjnik.Usłyszałem tylko ciche przełknięcie śliny. Zrobiliśmy wtedy przygotowania do podróży i już następnego dnia byliśmy w drodze do Kurtzhofen. Podróż była mozolna a dyliżans, którym jechaliśmy cholerycznie napchany, że nie było gdzie nóg położyć.W końcu dojechaliśmy. Miasteczko nie było zbyt duże. Jedyne dwa budynki godne uwagi to 2 konkurencyjne sobie karczmy ,stojące naprzeciwko siebie oddzielone główna ulica . Zresztą innej ulicy tam nie było. Weszliśmy do losowo wybranej karczmy, by odpocząć po podróży jak i przy okazji dowiedzieć się, co nieco o gangu, który mieliśmy nadzieje tu spotkać.Jak się okazało gang taki istnieje ,dowiedzieliśmy się także że maja swoją siedzibie gdzieś za miastem w ruinach jakiegoś domu. Po dłuższej chwili zbijania bąków w karczmie zobaczyliśmy jak dwóch mężczyzn w brązowych płaszczach weszło do karczmy naprzeciwko. Spojrzeliśmy na siebie i jakby tknięci ta samą myślą, jakby na rozkaz wstaliśmy i ruszyliśmy do karczmy naprzeciwko. W karczmie panował dość duży tłok, więc nikt nie zwrócił na nas zbytniej uwagi podeszliśmy od razu do tych dwóch ludzi, którzy właśnie odbierali sakiewkę od karczmarza i szykowali się do wyjścia zatrzymaliśmy ich w pół drogi słowami
-  A wy sikoreczki Odenthala znacie? Mam do niego ważna sprawę chce z jego czaszki zrobić popielniczkę dla mojego przyjaciela elfa
Spojrzałem na Virjela, który właśnie w tym momencie kończył swoją fajkę. Ledwo, co skoczyłem moje gadanie zobaczyłem jak błysk mieczy zaświtał w ich dłoniach.W pełnym rozmachu chwyciłem swój topór wyjmując go z pochwy zamieszczonej skośnie na plecach. Uderzyłem do ataku,jak się okazało zbir był szybszy, lecz jego uderzenie zatrzymał mój napierśnik, z lekkim uśmiechem i myślą zwycięstwa chciałem zadać cios, lecz ku mojemu zdziwieniu zbir uniknął go z zadziwiająca szybkością i zdołał schować się za moim ramieniem w sposób zapewniający mu lepsza pozycje w następnych sekundach walki.Wtedy przypomniałem sobie o jego koledze, lecz było już za późno ciecie, które wykonał trafiło mnie w tylna część uda, a do mojego umysłu wdarł się niemiłosierny ból.Wtedy zobaczyłem jak na osobnika, który mnie ranił spadły niesamowicie szybkie cięcia mojego przyjaciele elfa i ogromnego topora mojego brata. Ciecia te trafiły jednocześnie przebijając mu serce i pokazując zawartość jego czaszki. Drugi z przeciwników oszołomiony i pewny swojej przegranej wyskoczył przez okno ze zgrabnością łasicy i pobiegł do niedaleko rosnącego zagajnika. Zakląłem wtedy okrutnie i krzyknąłem na moich towarzyszy
-  Czmuście zabijali trzeba było ogłuszyć tak się nic nie dowiemy.
Wtedy naszła mi dziwna myśl, że jestem obserwowany, wtedy pomyślałem po raz wtóry nic dziwnego, że ktoś mnie obserwuje przecież właśnie zabiliśmy człowieka w karczmie przepełnionej po brzegi.Miejsca w około nas było, sporawe ze dałoby się niejedna zabawę urządzić a wszyscy zgromadzeni patrzyli z otwartym szczekami lub wybałuszonymi oczyma na nas jak na ducha. Po paru sekundach zobaczyłem dwóch dryblasów wyłaniających się z tłumu, którzy z nieprzyjazna mina zbliżyli się do nas mówiąc:
-  Wynoście się stad to nie jest karczma dla takich jak wy!
Mój brat jak zawsze nie mógł zamknąć gęby i odszczeknął.
-  Sam się wynoś parobku zanim cię na gnój przerobie.
Tamci nic nie mówiąc stali twardo patrząc na nas jak na morderców swojej matki. Szarpnąłem za ramie mojego brata jednocześnie chowając topór,nakłaniając go tym samym do opuszczenia karczmy. Resztę popołudnia spędziliśmy w tamtej karczmie i o dziwo nawet miejsca się szybko zrobiły. Ja piłem piwo Virjel jak zawsze jedno ze swoich win, a mojego brata jak zawsze nigdzie nie było. Zwróciłem wtedy uwagę na karawanę, a raczej cyrk wędrowny, który zatrzymał się w tym mieście prawdopodobnie by uzupełnić zapasy. Tak prawdę mówiąc nie interesował mnie cyrk, lecz krasnolud, który się koło nich krzątał, nie było by w ty nic dziwnego gdyby nie fakt, że zamiast zbroi potężnego topora i zbroi miał on gęsie pióro ogromną ilość kartek potężny worek i okular na jednym z oku zawieszony na łańcuszku, który z kolei przytwierdzony był do kubraka. Zdziwiło mnie to trochę gdyż przyzwyczajony byłem do krasnoludów wojowników a nie do uczonych w szczególności tu, bo karakach od czasu do czasu widziało się takich dziwaków, którzy zaspokojenia woleli szukać w księgach. Podszedłem do niego przedstawiając się jak na prawdziwego krasnoluda przystało,zaproponowałem mu piwo,gdyż chciałem się dowiedzieć, co on tu robi, a tak naprawdę chciałem pogadać z kimś (mówiąc krótko nudziło mi się).Usiedliśmy razem i krasnolud przedstawił się jako Gimli i opowieść swą zaczął, iż jest inżynierem, który jeździ po całym imperium w poszukiwaniu przygód a w tym momencie skończył wykonywać zadanie złożone mu przez wędrowny cyrk. Okazało się, iż krasnolud z miła chęcią dowiedziawszy się, dlaczego znaleźliśmy się w tym mieście poszedłby z nami, iż przygoda jest tam gdzie się cos dzieje. Pogadaliśmy chwile Wtedy właśnie wpadło ciało mojego brata przez drzwi z wielkim hałasem z drzwiami zobaczyłem dwóch dryblasów, którzy jak się później dowiedziałem byli ochroniarzami tamtej karczmy wstałem szybki i podążyłem szybkim krokiem do nich słyszałem słowa, jakie wypowiedzieli do mojego wpół przytomnego brata:
-  Gnój powiadasz łachmaniarzu zasrany ty nędzna podróbko człowieka
Za takie słowa ujść im nie mogło podszedłem naprzeciwko tego, który wypowiedział te słowa. Spojrzałem na jego głupawy uśmiech, i dumnie wypięta klatkę w geście tryumfu, był ode mnie, co najmniej o trzy łokcie wyższy. Spojrzałem mu prosto w te jego gały i w jednej chwili podskoczyłem złapałem za jego tłuste włosy i wykorzystując cała moją siłę skierowałem jego twarz w kierunku mojego kolana, na którym dla jego nieszczęścia zawieszona była para stalowych nagolenników,odgłos łamanej kości i głuchy brzdęk metalu wypełnił moje uszy.Ciało tego śmiechu wartego ochroniarza ociężale zwaliło o kamienna podłogę,a na jego twarzy zaświeciła w zakrwawionej twarzy błyszcząca szczerba miedzy zębami. Zobaczyłem również ząb, który właśnie wypluł, spojrzałem z byka na jego kumpla, lecz ten tyko podniósł ręce w geście poddania i informując, że on niema nic z tym wspólnego, zrobił krok do tył. Podszedłem do brata, który już zdążył wstać i usiać poobijany na krześle. Spojrzałem za siebie ów twardziel wlekł się właśnie powieszony na barkach kolegi do karczmy, z której prawdopodobnie przyszedł. Odczekaliśmy parę godzin aż mój brat się pozbiera i ruszyliśmy na wskazane nam wcześniej miejsce gdzie miał na nas czekać Odenthal, gdyż już na pewno został ostrzeżony. Przed wyjściem na ścianie zobaczyłem kartkę i która z pewnością wydala mi się listem gończym, pokazałem ja palcem Virjelowi gdyż ja zbytnio wtedy czytaty i pisaty nie byłem a on odczytał ja na głos:
Poszukiwani są członkowie gangu charakteryzujący się brązowymi płaszczami, zwanymi gangiem Odenthala. Za głowę każdego z nich jestem w stanie wypłacić niebagatelna 10 zk nagrody a za głowę samego Odenthala nagroda wynosi 300 zk.
Popatrzył potem lekko zdziwiony pomyślał chwile i roześmiał się gromko i zaczął czytać mi już teraz na ucho dalej w ten sposób napisane znaki:
Nie obchodzą mnie żywe jednostki maja być martwi.

Baron Julian fon Straus Hohensoler II
Królewska 3 Midenheim

Roześmiałem się rubasznie i poszedłem dalej z nowo poprawionym humorem. Wyszliśmy z karczmy i ruszyliśmy w kierunku lasu wiedzieliśmy, iż trzeba iść ścieżka, która prowadziła zaraz koło zagajnika i potem skręcić. Ruszyliśmy w dalsza drogę tym razem, razem z Gimlim . Po około pól godzinnym marszu ścieżką doszliśmy do skrętu, lecz nikt nas nie poinformował, że są tam dwie drogi, w które można by było skręcić, jedna mniej druga bardziej uczęszczana. Stwierdziliśmy po krótkiej naradzie, że trzeba pójść droga, która jest mniej uczęszczana, więc ruszyliśmy po niedługiej chwili doszliśmy do wieży stojącej wolno na polanie ostrożnie podchodziliśmy coraz bliżej, lecz nie widzieliśmy żadnych oznak życia. Podszedłem do drzwi otworzyłem je sumiennym kopniakiem i wparowałem z hukiem do środka, jak się okazało nic tam nie było tylko jakieś stare pomieszczenia i schody prowadzące do góry i klapa w dół od razu rzuciłem się do góry by sprawdzić czy czasami to nie jest pułapka, wbiegłem po schodach na 1 piętro, lecz zobaczyłem tylko jakieś stare biurko i dwoje innych drzwi i kolejne wejście do góry wbiegłem tam natychmiast upewniając się czy niema w dwóch pozostałych pomieszczeniach nikogo. Na górze zobaczyłem trzy skrzynie stojące obok siebie. Widok dziwny mi się wydawał, więc ostrożnie zacząłem podchodzić zważając na lekka spróchniałoś podłogi, która wydawała się mięć swoje najlepsze lata już za sobą. Podszedłem do skrzyni nie stwierdzając żadnego niebezpieczeństwa chciałem ją chwycić by otworzyć. Wnet stała się rzecz nieoczekiwana ledwo dotknąłem skrzynie ta w świście jakimś niesamowite przeobrażenia i w pełni zaskoczony nie zauważyłem nawet jak, w jakim tępię skrzynia zmieniła się w ohydną śliska glizdę z ogromna paszczą i zębami ostrymi jak szpilki krawcowej.Nie zdążyłem krzyknąć jak poczułem narastający był w mym boku, bezmyślnie chwyciłem nuż z pochewki przy pasie i dźgałem bezlitośnie bestie, która wbijała mi się swymi zębiskami w bok.Po paru sekundach szamotaniny zdołałem oderwać bestie ssącą moja krew przez gigantycznej wielkości nakłucia. Zająłem się rana wyjmując mój jedyny bandaż z plecaka pomagając sobie kawałkiem koszuli zabezpieczyłem ranę przed zakażeniem. Wzbogacany o nowe doświadczenie wiedziałem, że kolejne skrzynie mogą okazać się podobną pułapka chwyciłem swój topór i uderzyłem zamaszyście w skrzyknie, która początkowo stała na środku, lecz ostrze topora przebiło lekko nadpróchniałe deski skrzyni odsłaniając jej zawartość nie przyglądałem się nawet, lecz od razu powtórzyłem ciecie w kierunku trzeciej ostatniej, lecz teraz zamiast odgłosy pękającego drewna usłyszałem przeraźliwy pisk potwornej istoty, która umierała w konwulsjach przed moimi stopami. Zadowolony, iż nie dałem się złapać w kolejna z tych pułapek obejrzałem zawartość skrzyni nie znajdowało się tam nic wartościowego poza srebrnym łańcuszkiem, więc sądząc, iż nikomu się on nie przyda wnioskując, że wieża jest opustoszona schowałem go do kieszeni i zszedłem na pierwsze piętro. Schodząc po schodach słyszałem już baraszkujących już po całej wieży moich towarzyszy.Gdy zszedłem na piętro zobaczyłem jak elf, rozkłada właśnie biurko na części pierwsze ja podszedłem do jednych z drzwi, które przedtem tylko otworzyłem i wpadłem do środka zobaczyłem tam szkielet człowieka leżącego na łóżku z mieczem w ręce.Miecz był niegdyś z pewnością niezłej klasy, lecz teraz nadawał się tylko na złom, zauważyłem jedynie srebrny pierścień na jego palcu,zdjąłem go motywując to sobie, że ten szkielet na pewno go tak nie wykorzysta jak ja. Nagle usłyszałem za moich pleców krzyk elfa:
-  Bold wypieprzaj stamtąd na drzwiach wisiała tabliczka z napisem ospa.
Wypadłem stamtąd tak szybko, że elf za mną poczuł tylko wiatr i nie zastanawiając się zbiegłem na dół tam zobaczyłem tylko otwarta klapę do piwnicy i Gimliego jak przymierza jakieś dość ładne buty znalezione koło stogu siana, który leżał w jednym z pomieszczać na parterze. Zszedłem na dół po drodze zabijając jakieś wredne robale, które spadły na mnie z sufitu jak się nie mylę to czerwie były, wyjątkowo wredne. Na dole w ciemnej piwnicy zobaczyłem coś w rodzaju laboratorium, które poznało już mojego brata, który poruszał się tam jak słoń w składzie porcelany,gdzie się nie odwrócił tam coś zbił. Podszedłem do szafeczki, która stała nieopodal i tam zobaczyłem 4 kryształowe karafki, lecz tylko jedna była pełna w środku znajdował się sproszkowany szafir schowałem to zachłannie do torby. Razem z 3 pozostałymi karafkami. Wtedy brat mój zbił coś dziwnego wyglądało to jak mała czarna kula, lecz nic się nie stało poza dziwnym dymkiem, który na parę sekund uniósł się w powietrzu wtedy wbiegł elf i od razu podleciał do 3 pozostałych kulek czerwonej zielonej niebieskiej i schował już w cale z nie udawana zachłannością do kieszeni.Stwierdziliśmy, iż niema, co tu więcej robić, więc wyszliśmy na zewnątrz. Na zewnątrz czekała już na nas niespodzianka w postaci 4 czarnych kroków, których rozpiętość skrzydeł przekraczała mała wóz.Od razu ewakuowaliśmy się z powrotem do środka. Wieży i zamknęliśmy dziwa zaraz przed dziobem pikującego kruka. Stwierdziłem, że trzeba najwyższy czas zrobić użytek z mojej wojskowej kuszy, która dostałem, gdy wstąpiłem do straży. Pobiegłem na piętro znalazłem tam idealne miejsce małe okienko, które służyło idealnie jako miejsce strzeleckie. Nigdy nie byłem w strzelaniu dobry, lecz do tak olbrzymich celów trafić mógł każdy. Podczas gdy ja strzelałem mój brat i Gimli chcieli zaatakować kruki na otwartym polu, co uznałem za totalna głupotę, lecz gdy zobaczyłem jak Braciszek zabija pierwszego kruka, co prawda tracąc przy tym korbacz, gdyż złamał się pod naporem cielska spadającego w wprost na niego. Walka była długa, lecz po każdym ataku widziałem jak mój brat słabnie a jego broń znika teraz stał na polu i walczył z tymi dzikimi bestiami, które bezlitośnie pikowały na niego gołymi pięściami. Ja mimo swych usilnych starań nie zdołałem zabić ptaka, który w tym właśnie momencie przedziurawił brzuch mojego brata swym dziobem i wyrwał z niego wszystkie wnętrzności w napadzie agonii wycelowałem kusze tak celnie, iż ptak patrz z bełtem w ślepiu. To był ostatni ptak z, czterech które nas zaatakowały. Podbiegłem do brata i w napadzie szału spowodowanej kolejną śmiercią odrąbałem łeb ptaku i wkopałem do środka zapalny, łeb upadł na siano, od którego zajęła się podłoga i w krótkim czasie cała wierzą płonęła jak zapałka.Pochowałem brata na tej samej polanie,Gdyż wiedziałem, iż chce być pochowany tam gdzie zginie, często o tym mówił, lecz nigdy nikt nie brał go poważnie.
Przepełniony gniewem stwierdziłem, iż śmierć brata nie mogła pójść na darmo.Przysięgłem nad jego grobem, że pomszczę go i Odenthal, osoba, przez która się tu znaleźliśmy i wpadliśmy w te śmiertelna pułapkę zostanie zabity w imię jego śmierci. Bez chwili wahania ruszyliśmy w dalsza drogę, z powrotem na rozstaje dróg, by tym razem wybrać drogę, która musiała być prawidłowa. Po około godzinnym marszu dotarliśmy do ruin. Na zewnątrz zobaczyliśmy 2 strażników, którzy stali na drodze, w miejscu gdzie zaczynała się polana. Bez kozery szedłem na nich z ogołoconym w rękach toporem nie myśląc o niczym innym jak zemście. Nie powstrzymały mnie żadne krzyki moich towarzyszy ani groźby ze strony Strażników.Szedłem, gdy zobaczyłem jak ostrza zabłysły już w ich rękach rzuciłem się na nich w wścieklej furii moje ciosy spadały na nich nieubłaganie, z siłą bawoła z szybkością węża i z wściekłością krasnoluda rozerwałem 2 strażników na strzępy. Gdy dokonałem ostatecznego uderzenia usłyszałem mijający mnie o włos świst lecącego bełtu. Wiedząc, iż bełt wystrzelony z dobrej kuszy mógł przejść przez moja zbroje jak widły przez siano, odskoczyłem w bok chowając się za drzewami na skraju polany.Po chwili dotarli do mnie moi towarzysze, którzy szykowali już plan wydobyć ze środka tych szczurów. Niestety nie było to łatwe ruiny tego domu stały w bardzo dobrej pozycji,gadziny siedzące w środku prawdopodobnie miały wystarczająco dobre pozycje by ściągnąć każdego, kto chciałby dostać się do domu. Na nasze nieszczęście niebo było bezchmurne i księżyc z gwiazdami dawał wystarczająco mocna poświatę by zauważyć każdy ruch na polance. Rozpatrzyliśmy, iż najlepszym pomysłem było by wykurzenie ich z domu gdyż na otwartym polu byli by bez szans a tak to wystrzelają nas zanim zdążylibyśmy dojść do murów domu.. Najlepszym środkiem służącym do wykurzania ludzi był ogień spojrzałem wtedy na elfa i przypomniało mi się jak ten kupił 3 butelki z olejem do swojej lampy sztormowej. Na mej twarzy zagościł demoniczny uśmiech. Wykonaliśmy tak zwane bomby zapalające, których wykonaniem zajął się Gimli. Elf, iż znany był z celności został wybrany jako osoba, która wybiegnie na polanę i spróbuje trafić do środka budynku zapalona bombę a ja w tym czasie będę ubezpieczał czy nikt nie wybiegnie z domu. Virjel przypiął sobie na brzuch moją tarcze i ruszył biegiem przez polanę dobieg tak mniej więcej do połowy i żuci butelka rozbiła się o dach i tylko nieznaczna część ognistego płynu wpadła do środka, podobnie stało się z następną. Elf mimo bełtów, które muskały jego ciało zdecydował się wybiedz po raz 3, tym razem butelka trafiła idealnie do środka, usłyszeliśmy krzyki ludzi znajdujących się w środku. Po chwili jak uciekali z budynku jak zranione psy. Oczywiście tam ja razem z Gimlim już na nich czekałem po dłuższej walce wytłukliśmy ich do nogi, lecz nie wszystkich jeden uciekł tylnimi drzwiami pobiegł wąską ścieżką prowadząca na północ. Lecz nie wydawało mi się żeby znajdował się tutaj oprych o imieniu Odenthal . Więc może to był ten, co uciekł .
Wszyscy podenerwowani i zmęczeni stoczona walką wróciliśmy do Kurtzhofen uprzednio chowając odcięte głowy zbirów do plecaka. Tam w karczmie znaleźliśmy pokoje bez problemu tym bardziej, że szczególną uwagę zwracano na nasz krwawy plecak. Ruszyliśmy do Midenheim rannym dyliżansem,by odebrać nagrodę i znaleźć uciekiniera, który musi odpowiedzieć za śmierć mojego brata. Podróż była o tyle trudna, iż tym razem zamiast tłoku dokuczał nam swąd niosący się od powoli rozkładających się głów. Po tych męczarniach przybyliśmy, do Midenheim, oczywiście przy bramie doczepili się do naszych trofeów, ale po kilku gestach wyjaśnień w postaci złota wsiedliśmy do miasta, i od razu oddaliśmy głowy szlachcicowi, którego adres zapamiętaliśmy z listu. Szlachcic był cały zadowolony i uśmiechnięty widząc ciała, lecz przed wypłaceniem pieniędzy wziął głowy razem z plecakiem o pomieszczenia obok,niż to, w którym nas przyjęto.Po chwili zobaczyliśmy jak jakiś człowiek niesie brzytwę i miskę wody tamtego pokoju. Zdziwiło nas to niezmiernie, lecz cóż wiedzieliśmy, że niektórzy szlachcice z racji swojego majątku maja swoje odchyły. Po jakimś czasie, który my spędziliśmy przy dobrym winku podanym przez służącego zobaczyliśmy jak wchodzi do naszego pomieszczenia szlachcic wyraźnie smutniejszy i trzyma w rękach sakwy z pieniędzmi dla nas. Podziękowaliśmy mu i ze świeżo zarobiona gotówka wydostaliśmy się z jego rezydencji na miasto. Umówiliśmy się, iż spotkamy się w karczmie tam gdzie przed wyjazdem przesiadywaliśmy a każdy z nas zajmie się na razie swoimi sprawami. Ja stwierdziłem, iż topór mój już jest zbytnio zużyty postanowiłem zainwestować gotówkę w nowy topór, jako iż pieniędzy miałem sporawo gdyż dostało nam się jeszcze troszkę pieniędzy od tych, których zabiliśmy, Z pewnością kupię sobie wspaniały topór. Wszedłem do sklepu spojrzałem na barczystego człowieka z o dziwnym uśmiechu i zapytałem:
-  Topory macie?
- > Mamy ( Wskazał od niechcenia na ścianę obok niego, wisiał tam jeden najzwyczajniejszy topór)
-  Ale ja chciałem topór bojowy i w dodatku dwusieczny, bym mógł nim walczyć dwoma rękoma.
-  Aha
Schylił się pod ladę,niemrawym ruchem i wyciągnął z stamtąd topór dwuręczny, lecz, widać zauważyłem, że był używany po śladach krwi na nim.Zrozumiałem, że w ten sposób nic nie zdziałam. Wyciągałem moje 2 pękate sakiewki i położyłem je z hukiem na ladzie.Po geście tym sklepikarzowi oczy zaświeciły się w niemym geście zachłanności i chęci posiadania
-  Rozumiem pana oczywiście tak mamy dl pana odpowiedni topór, lecz będzie pan musiał przysiądź, że nie powie nikomu skąd pan go dostał ( mówił z udawana grzecznością)
-  Ależ oczywiście ( uśmiechałem się głupawo)
Nagle zobaczyłem jak sklepikarz wykonał nieznaczny ruch noga a na wszystkie okna i drzwi zaczęły spadać kraty i jednocześnie spadły zasłony by nikt nie mógł dojrzeć wnętrza sklepu, gdy operacja zakończyła się zobaczyłem jak podszedł do ściany gdzie znajdował się topór i pchnął ja nieznacznie ściana otworzyła się ukazując ukryte przejście. Zeszliśmy o krętych kamiennych schodach do dość dużej sali gdzie na każdej ze ścian zawieszone były każde rodzaje broni, zobaczyłem jak podszedł do jednej ze ścian i zdjął topór nie było by w tym toporze nic bardziej wyróżniającego go od innych poza tym, iż topór ten miał dziwnie niebieskawe ostrze, przypomniała mi się od razu jedna z opowieści, jaka słyszałem, o dziwnym metali Mithrylem zwanym. Słyszałem, że zbroja zrobiona z takiego metalu potrafiła zatrzymać każdy rodzaj strzały i powstrzymać ciecie ogromnym mieczem dwuręcznym, nie wspomnę nawet o opowieściach mówiących o broniach z tego cudownego kruszcu.Złapałem ten topór machnąłem w prawo w lewo wydał mi się nad wyraz lekki
-  Proszę rzucić nim w do tarczy na tamtej ścianie (powiedział sklepikarz i uśmiechnął się)
Rzuciłem z całej siły a topór ten poleciał z szybkością strzały i wbił się w tarcze przepoławiając ją na dwie połowy, lecz o dziwo nie spadł razem starcza dopiero po sekundzie z orientowałem się, że topór ten wbił się w skalną ścianę tego pokoju. Podbiegłem i z trudem wyjąłem topór ze ściany. Patrząc na ten wspaniały kunszt krasnoludzkiego kowala, który wykonał ten niesamowity topór zapytałem
-  Ile chcesz za ten topór?
-  Ależ niewiele panie za taki topór,Wielcy panowie wsie by mi oddali, ja od pana wezmę tylko całe złoto, które pan ze sobą dziś do mnie przyniósł ( sklepikarz zatarł chciwie ręce) Pomyślałem chwilkę i stwierdziłem, iż cena warta będzie tego topora i na pewno zarobi on na siebie.
-  Niech będzie (powiedziałem i podszedłem by uścisnąć rękę na znak dokonanego właśnie interesu)
-  Ten topór wart jest swej ceny i proszę pamiętać, iż przysięgną pan nie mówić nikomu skąd ma pan ten topór.
-  Oczywiście, z pewnością jeszcze się spotkamy.
Sklepikarz zuchwale wziął 2 sakwy zajrzał do środka by sprawdzić czy na pewno znajduje się tam złoto, ja wziąłem topór i schowałem do mojej pochwy, a stary dałem mu jako podarek. Sklepikarz odprowadził mnie do drzwi, które zaraz po zamknięciu się sekretnej ściany otworzyły się jakby nigdy nic. Wyszedłem na miasto.

Koniec części pierwszej, kolejne części już niedługo Wszystkie wydarzenia jak i postacie nie są przypadkowe pamiętnik ten opisuje prawdziwe zdążenia i z pewnością posłuży wam do rozgrywania własnych przygód.
Autor: BK_DEVIL =SAM DIABEL
Kontakt : bk_devil@poczta.onet.pl
Opowiadanie to jest objęte prawami autorskimi i wszelkie umieszczanie go na stronach lub publikowanie go jest ZABRONIONE bez porozumienia z autorem.